Od dna można się tylko odbić. Tyle razy już opadałem na nie, że mam już wyćwiczone wybicie i wyjście z progu. Ostatnio jednak było trochę ciężej bo życie, zamiast mnie okładać mocnymi razami od czasu do czasu, postanowiło wyciągnąć karabin maszynowy. To co mogliście zaobserwować w ostatnich dniach (tygodniach?) to był zaledwie mój cień, cząstka poczytalności, która próbowała za wszelką cenę ratować resztę siebie uczepiając się choćby najmniejszego promienia nadziei. To było uwłaczające, zeszmaciło mnie to w jakimś stopniu i jest mi obecnie za to wstyd.
Ale dość tego. Otworzyłem oczy, podniosę się sam. Bez trzymania się kogokolwiek, bez wsparcia, bez psychoterapeutów, liczenia na innych itd. Me, myself and I. Zamiast promyków nadziei czasami po prostu trzeba wyjebać sobie dziurę w ścianie, wtedy będzie można podziwiać jasność w całej okazałości. To czas powrotu. Czas bym przypomniał sobie, za co ludzie mnie szanują, lubią, kochają.
The Good: Ja. Bo jestem najlepszy w byciu Wilczym. Bo choćby nie wiem co mnie powaliło na kolana - wstanę. Silniejszy.
The Bad: Ludzie lecący w chuja, pozdrawiam grupę GSC2, bo Starcraftowcom zachciało się wpierdalać w życie Hearthstone'a. Wracać do swoich SCV.
The Wolv: Moc. Powróciła, spowija mnie. Stara, niechciana moc. Znów widzę więcej, rozumiem więcej. Czas to wykorzystać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz