20 maja 2014

Rozwidlenie [Muzyczna Wyprawa Part 2]

Reszta podstawówki minęła mi pod znakiem NWOBHM, głównie pod postacią Ironów i Judasów. Horyzonty miałem dość wąskie, nie rozróżniałem za bardzo gatunków itp. Większość zespołów znałem bardziej z nazwy niż z faktycznego osłuchania.

Przychodzi jednak taki okres w życiu młodego ludzia, że zaczyna powątpiewać w słuszność własnych wyborów. Podstawówka się skończyła i niestety jako jeden z pierwszych roczników zostałem ofiarą nowego systemu i wylądowałem w młodzieżowym piekle, zwanym potocznie gimnazjum. Czasy utracone wprawdzie się skończyły, ich miejsce zajęła jednak ciągła tułaczka. Sytuacja ustabilizowała się, rodzice się rozwiedli, majątek podzielony, mieszkanie sprzedane. Pomieszkiwaliśmy z matką to tu, to tam, a ja przechodziłem kolejny kryzys. Tym razem padło na zwątpienie we własną egzystencję. Gimnazjum dawało mi wycisk, moja osobowość nie do końca przystawała do panujących tam warunków. Stąd próba zmiany. Zmieniłem trochę styl zachowywania się, przerzuciłem się na muzykę, o której wolałbym dzisiaj zapomnieć, że jej słuchałem. Wykonawcy typu Mezo, Kasta, Nagły Atak Spawacza itp. Starałem się być bardziej "joł". Z tego wszystkiego chyba jedyne co mi się uchowało to Eminem i płyta The Eminem Show.


Nie potrafiłem dostosować świata do siebie, zacząłem dostosowywać siebie do świata. Bez skutku. Porzuciłem wtedy większość hobby. Muzykę, karty, właściwie wszystko co mi jeszcze jakąkolwiek frajdę sprawiało. Ten marazm trochę trwał, z rok, może dwa. Ojciec podczas swojej tułaczki nie miał takiej mocy kierunkowej, by ściągnąć mnie na dobrą drogę. Wyjście musiałem znaleźć sam.

Stabilizacja przyszła po roku z hakiem, podróż się zakończyła, zakotwiczyłem się w moim obecnym mieszkaniu. Zbiegło się to w czasie w ogarnięciu się części z mojej ówczesnej klasy. Z popychadła wybiłem się na regularnego członka ekipy, głównie ze względu na znajomość fantasy, a grupa akurat zaczęła się interesować się RPGami. To z kolei otworzyło mi, lawinowo wręcz, wymianę poglądów muzycznych. Porzucając tę chwilową "fanaberię", mogłem przyznać znów otwarcie czego słucham i dostać w zamian parę inspiracji. Trafiłem w trzy zupełnie różne odnogi metalu, z której jedna później miała się okazać dla mnie tą "wiodącą".

Pierwszą ścieżką była najbardziej "rebel" droga Melodic Death Metalu. Głównie było to sprokurowane zarażeniem się fascynacją grania niejakich Children of Bodom i płyty Follow the Reaper. Było w tym coś agresywnego, wręcz zwierzęcego, jednocześnie nie była to bezsensowna rozwałka jak co bardziej ekstremalne kapele tego typu. Ostatecznie jednak, na dłuższą metę, okazał się to tylko sposób na ukierunkowanie młodzieńczego gniewu. Najdalej zawinąłem w okolice kapel typu At The Gates, ale po zamknięciu pewnego rozdziału w życiu, o którym kiedy indziej, właściwie słucham bardzo okazjonalnie i od święta. No, wyłączając In Flames, ale to historia na dalsze części.



Drugą odnogą okazał się Power Metal. Bardzo dobrze wkomponowywał się w klimaty fantasy, w których podówczas siedzieliśmy, a teksty "unieś swój potężny miecz i jedź" oddziaływały dwojako na rozczochrane gimnazjalne łby. Tutaj z kolei zauważyłem u siebie dość ciekawy regres w stronę coraz mniej "radykalnego" brzmienia z tego gatunku. Zaczynałem od takich kapel jak Rhapsody (obecnie of Fire) i DragonForce, by ostatecznie w liceum zrezygnować z nich i pójść w kierunku Blind Guardian i jemu podobnym. Sami "ślepcy" na stałe rozgościli na moich playlistach, a płytę Nightfall in the Middle Earth do dziś uważam za majstersztyk.


I trzecią, znaną mi wcześniej dość powierzchownie, drogą którą stąpam twardo do dzisiaj został Thrash Metal. Tutaj akurat znów to była "wina" mojego ojczulka, z którym spędzałem weekendy i wypady na zloty Ford Escort Fan Klubu. Wtedy też już płytowym odtwarzaczu w aucie marki Blaupunkt zapuścił któregoś razu pewnego rudego jegomościa. 


Zaatakowało mnie brudne gitarowe brzmienie. Wświdrowało mi się w czaszkę i tam już zostało. Megadeth zaczął proces, który był jak lawina śnieżna, gwałtowny i nieodwracalny. Zaraz potem na tapetę poszedł Anthrax, potem Annihilator i Exodus. Nawet Slayer zaczął być przyjaźniejszy dla ucha. Thrash wypełnia obecnie zdecydowaną większość moich playlist i skutecznie wyparł z piedestału Ironów i Judasów. Z tego gatunku również moje dwie najbardziej uwielbiane płyty wszech czasów. Jedną usłyszałem wtedy i do dziś pozostaje dla mnie esencją "jak grać Thrash" (niestety sama kapela trochę pod tym kątem odeszła w stronę mroczniejszego grania). Tą płytą jest The Ritual kapeli Testament. Sami zresztą posłuchajcie...



Drugą, która jednocześnie jest dla mnie płytą "to beat", podzielę się dopiero na koniec naszej podróży. W następnym odcinku początki bycia mangowcem, próby grania w kapeli i co z tego wynikło dla mnie i otaczającej mnie muzyki. Stay tuned.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz