Stwierdzenie, że człowiek się nie zmienia, jest z założenia głupie i bezsensowne. Mówi się, że tylko krowa nie zmienia poglądów i coś w tym jest. Jak bowiem odnaleźć się w tym dziwnym świecie? Kiedyś na przykład byłem bardzo pro UE (nie lubię wchodzić w politykę, ale zrobię wyjątek), dziś mam pewne obawy co do kierunku jej rozwoju i zwyczajnie się boję o swoją i tak wątłą przyszłość. Zmienne.
Są jednak rzeczy niezmienne. Po tylu latach związku odkryłem, że nadal jestem jak dziecko we mgle w kwestiach sercowych i kiedy próbuję zaaplikować logikę, to kończy się to nie tyle tragicznie, co żałośnie. W tej jednej chyba dziedzinie życia nie dorosłem i teraz przechodzę przyspieszony kurs jak sobie z tym radzić. Człowiek się uczy całe życie. Stałe.
Osoby, które kiedyś uznawałem za niedojrzałe, nagle, niezauważalnie się ogarnęły, a ja zostałem z cieniem po nich, dopiero otwierając oczy na to, że nie tylko ja stoję w miejscu i że byłem przez ten czas ślepowronem, nie widząc jakie skarby ludzkie mam dosłownie pod nosem. Zmienne.
Jednak nie wiem czy sam się zmieniłem. Na ile było to tylko wyjście z własnego cienia, a na ile ciężka praca nad sobą. Mam wrażenie, że to wszystko zawsze było we mnie, tylko potrzeba było czasu i okoliczności żeby to wyszło. Stałe.
Stałe i zmienne, jak cały wszechświat. Zrozumienie nie zawsze jest równe wiedzy. Spodziewajcie się niespodziewanego.
The Good: Zaczynam doceniać małe radości. Ciężko to przychodzi, ale to pomaga. Also przechodzę Bastion. Polecam każdemu, gra świetna, czekam na przypływ gotówki na Transistor.
The Bad: Zepsułem buty. Dojechałem je do tego stopnia, że miały wielkie dziury od wewnątrz. Przynajmniej jestem wydajny. A i wyszedł nowy Wolfenstein, a hajsu brak.
The Wolv: Idę w niedzielę głosować. Nie, żeby to coś miało zmienić, ale lepsze to niż wmawianie sobie, że nic to nie pomoże. No i chyba powoli przyzwyczajam się do produkowania swoich wyziewów na tego bloga. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale bardzo moje.
Reszta podstawówki minęła mi pod znakiem NWOBHM, głównie pod postacią Ironów i Judasów. Horyzonty miałem dość wąskie, nie rozróżniałem za bardzo gatunków itp. Większość zespołów znałem bardziej z nazwy niż z faktycznego osłuchania.
Przychodzi jednak taki okres w życiu młodego ludzia, że zaczyna powątpiewać w słuszność własnych wyborów. Podstawówka się skończyła i niestety jako jeden z pierwszych roczników zostałem ofiarą nowego systemu i wylądowałem w młodzieżowym piekle, zwanym potocznie gimnazjum. Czasy utracone wprawdzie się skończyły, ich miejsce zajęła jednak ciągła tułaczka. Sytuacja ustabilizowała się, rodzice się rozwiedli, majątek podzielony, mieszkanie sprzedane. Pomieszkiwaliśmy z matką to tu, to tam, a ja przechodziłem kolejny kryzys. Tym razem padło na zwątpienie we własną egzystencję. Gimnazjum dawało mi wycisk, moja osobowość nie do końca przystawała do panujących tam warunków. Stąd próba zmiany. Zmieniłem trochę styl zachowywania się, przerzuciłem się na muzykę, o której wolałbym dzisiaj zapomnieć, że jej słuchałem. Wykonawcy typu Mezo, Kasta, Nagły Atak Spawacza itp. Starałem się być bardziej "joł". Z tego wszystkiego chyba jedyne co mi się uchowało to Eminem i płyta The Eminem Show.
Nie potrafiłem dostosować świata do siebie, zacząłem dostosowywać siebie do świata. Bez skutku. Porzuciłem wtedy większość hobby. Muzykę, karty, właściwie wszystko co mi jeszcze jakąkolwiek frajdę sprawiało. Ten marazm trochę trwał, z rok, może dwa. Ojciec podczas swojej tułaczki nie miał takiej mocy kierunkowej, by ściągnąć mnie na dobrą drogę. Wyjście musiałem znaleźć sam.
Stabilizacja przyszła po roku z hakiem, podróż się zakończyła, zakotwiczyłem się w moim obecnym mieszkaniu. Zbiegło się to w czasie w ogarnięciu się części z mojej ówczesnej klasy. Z popychadła wybiłem się na regularnego członka ekipy, głównie ze względu na znajomość fantasy, a grupa akurat zaczęła się interesować się RPGami. To z kolei otworzyło mi, lawinowo wręcz, wymianę poglądów muzycznych. Porzucając tę chwilową "fanaberię", mogłem przyznać znów otwarcie czego słucham i dostać w zamian parę inspiracji. Trafiłem w trzy zupełnie różne odnogi metalu, z której jedna później miała się okazać dla mnie tą "wiodącą".
Pierwszą ścieżką była najbardziej "rebel" droga Melodic Death Metalu. Głównie było to sprokurowane zarażeniem się fascynacją grania niejakich Children of Bodom i płyty Follow the Reaper. Było w tym coś agresywnego, wręcz zwierzęcego, jednocześnie nie była to bezsensowna rozwałka jak co bardziej ekstremalne kapele tego typu. Ostatecznie jednak, na dłuższą metę, okazał się to tylko sposób na ukierunkowanie młodzieńczego gniewu. Najdalej zawinąłem w okolice kapel typu At The Gates, ale po zamknięciu pewnego rozdziału w życiu, o którym kiedy indziej, właściwie słucham bardzo okazjonalnie i od święta. No, wyłączając In Flames, ale to historia na dalsze części.
Drugą odnogą okazał się Power Metal. Bardzo dobrze wkomponowywał się w klimaty fantasy, w których podówczas siedzieliśmy, a teksty "unieś swój potężny miecz i jedź" oddziaływały dwojako na rozczochrane gimnazjalne łby. Tutaj z kolei zauważyłem u siebie dość ciekawy regres w stronę coraz mniej "radykalnego" brzmienia z tego gatunku. Zaczynałem od takich kapel jak Rhapsody (obecnie of Fire) i DragonForce, by ostatecznie w liceum zrezygnować z nich i pójść w kierunku Blind Guardian i jemu podobnym. Sami "ślepcy" na stałe rozgościli na moich playlistach, a płytę Nightfall in the Middle Earth do dziś uważam za majstersztyk.
I trzecią, znaną mi wcześniej dość powierzchownie, drogą którą stąpam twardo do dzisiaj został Thrash Metal. Tutaj akurat znów to była "wina" mojego ojczulka, z którym spędzałem weekendy i wypady na zloty Ford Escort Fan Klubu. Wtedy też już płytowym odtwarzaczu w aucie marki Blaupunkt zapuścił któregoś razu pewnego rudego jegomościa.
Zaatakowało mnie brudne gitarowe brzmienie. Wświdrowało mi się w czaszkę i tam już zostało. Megadeth zaczął proces, który był jak lawina śnieżna, gwałtowny i nieodwracalny. Zaraz potem na tapetę poszedł Anthrax, potem Annihilator i Exodus. Nawet Slayer zaczął być przyjaźniejszy dla ucha. Thrash wypełnia obecnie zdecydowaną większość moich playlist i skutecznie wyparł z piedestału Ironów i Judasów. Z tego gatunku również moje dwie najbardziej uwielbiane płyty wszech czasów. Jedną usłyszałem wtedy i do dziś pozostaje dla mnie esencją "jak grać Thrash" (niestety sama kapela trochę pod tym kątem odeszła w stronę mroczniejszego grania). Tą płytą jest The Ritual kapeli Testament. Sami zresztą posłuchajcie...
Drugą, która jednocześnie jest dla mnie płytą "to beat", podzielę się dopiero na koniec naszej podróży. W następnym odcinku początki bycia mangowcem, próby grania w kapeli i co z tego wynikło dla mnie i otaczającej mnie muzyki. Stay tuned.
Od dna można się tylko odbić. Tyle razy już opadałem na nie, że mam już wyćwiczone wybicie i wyjście z progu. Ostatnio jednak było trochę ciężej bo życie, zamiast mnie okładać mocnymi razami od czasu do czasu, postanowiło wyciągnąć karabin maszynowy. To co mogliście zaobserwować w ostatnich dniach (tygodniach?) to był zaledwie mój cień, cząstka poczytalności, która próbowała za wszelką cenę ratować resztę siebie uczepiając się choćby najmniejszego promienia nadziei. To było uwłaczające, zeszmaciło mnie to w jakimś stopniu i jest mi obecnie za to wstyd.
Ale dość tego. Otworzyłem oczy, podniosę się sam. Bez trzymania się kogokolwiek, bez wsparcia, bez psychoterapeutów, liczenia na innych itd. Me, myself and I. Zamiast promyków nadziei czasami po prostu trzeba wyjebać sobie dziurę w ścianie, wtedy będzie można podziwiać jasność w całej okazałości. To czas powrotu. Czas bym przypomniał sobie, za co ludzie mnie szanują, lubią, kochają.
The Good: Ja. Bo jestem najlepszy w byciu Wilczym. Bo choćby nie wiem co mnie powaliło na kolana - wstanę. Silniejszy.
The Bad: Ludzie lecący w chuja, pozdrawiam grupę GSC2, bo Starcraftowcom zachciało się wpierdalać w życie Hearthstone'a. Wracać do swoich SCV.
The Wolv: Moc. Powróciła, spowija mnie. Stara, niechciana moc. Znów widzę więcej, rozumiem więcej. Czas to wykorzystać.
Rozliczanie się z własną przeszłością bywa bolesne, ale i radosne. Jako, że ostatnio na uczelni i wśród znajomych zacząłem prowadzić niejako kaganek muzycznej oświaty, teraz w ramach własnych rozliczeń podzielę się, jak to właściwie ze mną było...
...a było to lat temu wiele, jeżeli mnie moja zawodna pamięć nie myli był rok 1997, data początkowa dla okresu określanego przeze mnie jako "czasy utracone". Rodzice zaczęli się rozwodzić, podstawówka okazała się ciężką przeprawą, dzieciak musiał podejmować decyzje, które często nawet dla dorosłych nie są proste. Ale nie o tym. Jakoś w tamtym czasie miałem chyba najlepszy kontakt ze swoim śp. ojcem. Starałem się spędzać z nim sporo czasu, co zazwyczaj wprawdzie kończyło się oglądaniem jego pleców przy komputerze, jednak mogłem wtedy nastawić się na słuchanie. I tak któregoś razu usłyszałem radosne zgrzyty utworu znanego światu jako Fear of the Dark wiadomo kogo. Wtedy jeszcze nie przykuło to mojej uwagi na tyle, żebym jakoś beznamiętnie się zakochał, szczególnie że w tym wieku jeszcze człowiek nie zastanawia się nad czymś takim jak gusta muzyczne. Miało się to zmienić zupełnie przypadkowo parę miesięcy później, gdy ojczulek pokazał mi oryginalną płytę o wtedy dla mnie nic nie znaczącym tytule Powerslave. A płyta ta zaczynała się utworem, który sprowadził mnie na jedyną słuszną ścieżkę muzyki twardej i gitarowej, Aces High.
Skądinąd to zainteresowanie i dorwanie lyricsów do Aces było bezpośrednią przyczyną mojej intensywnej, jak na ten etap życia, nauki języka angielskiego, dzięki czemu dziś posługuję się nim raczej dobrze.
I tak potoczyło się to dalej, raczej kanałami bardziej "komercyjnymi". Któregoś poranka, gdy na czeskiej publicznej wcześnie rano grali teledyski metalowe, usłyszałem Nothing Else Matters co skutkowało zaopatrzeniem się w cały album Metallica, który do dziś uważam za ostatnią mocną płytę Mety. Niemniej jednak nie było to jeszcze jakoś super przełomowe, Ironów i Metę to słyszeli raczej wszyscy, mogło mi się jeszcze odwidzieć. Szczególnie, że dopiero posiadanie walkmana miało u mnie utrwalić wiarę w metal. Otóż była w moim domu kiedyś bardzo bogata kolekcja kaset metalu wszelakiego, od imć Ironów, przez produkcje polskie typu TSA, aż po granie bardzo inne typu Cacophony. Podówczas byłem podróżnikiem bez wyboru, gdyż mój układ oddechowy lubił się zepsuć od czasu do czasu, tak też podstawówkę spędziłem zwiedzając szpitale, sanatoria itp. Tak owoż na któryś wyjazd, ojciec sprezentował mi kasetę, która logicznie miała dla mnie wartość, gdyż nagrał na nią świeżo co wydany Brave New World. O samym albumie mógłbym mnóstwo, ale bardziej kluczowe okazało się to, co na tej kasecie znajdowało się wcześniej, a że BNW jej całej nie zajmował, uchowało się i dotarło do moich uszu. Pamiętam do dziś jak ojciec mówił mi "a tam chyba jeszcze jakiś Saxon jest, czy kij" i ja początkowo w to bezgranicznie uwierzyłem, żeby dać się wyprowadzić z błędu dopiero parę lat później, kiedy miałem już osobisty dostęp do internetów. Otóż nie był to Saxon, a płyta Ram It Down mojego drugiego (chronologicznie się nawet zgadza) ulubionego zespołu heavymetalowego Judas Priest. Pamiętam, że szczególnie zapadł mi w pamięć ten utwór:
I naprowadzenie na ten zespół poprowadziło mnie do pierwszej prawdziwej miłości do metalu - płyty British Steel i godzin zapętlonych w odtwarzaczu. Ale to już inną razą, w następnej części...
Tak, zawsze miałem zdolność do zaczynania projektów i ich nie kończenia, albo odsuwania na dalszy plan. Można stwierdzić nawet, że takie awarie zdarzają mi się przynajmniej raz w miesiącu. Zapewne to kwestia moich nierówności pod sufitem i zaburzeń wewnętrznego zen, czy jak to się tam nazywało.
Enyłej, reaktywuję się. Na miesiąc, na pół roku, nie wiem. Ile będę potrzebował, tyle będę wylewał z siebie. Teraz przynajmniej jest o czym pisać (jakby wtedy nie było). Zapewne będzie trochę chamskiej reklamy, jak w końcu zbiorę się i zacznę pisać teksty na hearthcore.pl (zapraszam serdecznie), oprócz tego to co zwykle - dobra muzyka i zrzędzenie. Gier karcianych na motocyklach nie będzie, bo tym razem już naprawdę to rzuciłem, teraz są gry karciane w internecie. A no i piłce nożnej też mogę czasem coś trzasnąć.
To tyle słowem wstępu. Jak się ogarnę to będę pisał dalej.
The Good: Jakby były, to by mnie chyba tu teraz nie było. Jak znajdę, to przekażę. Chyba jedynym pozytywem jest to, że taka jedna persona nie powiedziała "nie" tylko "poczekaj, może kiedyś". I chyba do tego czasu będę się łapał "small things". A nie, w sumie to jest jedno małe good. Podłączyłem gitarę, zacząłem coś nagrywać. Może się kiedyś podzielę.
The Bad: Cała cholerna egzystencja? Nie, to by było zbyt ogólne i zbyt drastyczne. Bardziej stwierdziłbym, że ostatnio życie, zamiast mnie trzaskać od czasu do czasu po mordzie jak to miało w zwyczaju, postanowiło otworzyć ogień maszynowy. Napór mocny, ale nie z takich się rzeczy wychodziło.
The Wolv: Mrok, szatan, byt i absolut. Jeżeli tyle razy ratowała mnie dobra muzyka, to i tym razem to zrobi. Jestem za uparty by się poddać i za głupi by umrzeć. And I can't wait to see sunrise again...