...a było to lat temu wiele, jeżeli mnie moja zawodna pamięć nie myli był rok 1997, data początkowa dla okresu określanego przeze mnie jako "czasy utracone". Rodzice zaczęli się rozwodzić, podstawówka okazała się ciężką przeprawą, dzieciak musiał podejmować decyzje, które często nawet dla dorosłych nie są proste. Ale nie o tym. Jakoś w tamtym czasie miałem chyba najlepszy kontakt ze swoim śp. ojcem. Starałem się spędzać z nim sporo czasu, co zazwyczaj wprawdzie kończyło się oglądaniem jego pleców przy komputerze, jednak mogłem wtedy nastawić się na słuchanie. I tak któregoś razu usłyszałem radosne zgrzyty utworu znanego światu jako Fear of the Dark wiadomo kogo. Wtedy jeszcze nie przykuło to mojej uwagi na tyle, żebym jakoś beznamiętnie się zakochał, szczególnie że w tym wieku jeszcze człowiek nie zastanawia się nad czymś takim jak gusta muzyczne. Miało się to zmienić zupełnie przypadkowo parę miesięcy później, gdy ojczulek pokazał mi oryginalną płytę o wtedy dla mnie nic nie znaczącym tytule Powerslave. A płyta ta zaczynała się utworem, który sprowadził mnie na jedyną słuszną ścieżkę muzyki twardej i gitarowej, Aces High.
Skądinąd to zainteresowanie i dorwanie lyricsów do Aces było bezpośrednią przyczyną mojej intensywnej, jak na ten etap życia, nauki języka angielskiego, dzięki czemu dziś posługuję się nim raczej dobrze.
I tak potoczyło się to dalej, raczej kanałami bardziej "komercyjnymi". Któregoś poranka, gdy na czeskiej publicznej wcześnie rano grali teledyski metalowe, usłyszałem Nothing Else Matters co skutkowało zaopatrzeniem się w cały album Metallica, który do dziś uważam za ostatnią mocną płytę Mety. Niemniej jednak nie było to jeszcze jakoś super przełomowe, Ironów i Metę to słyszeli raczej wszyscy, mogło mi się jeszcze odwidzieć. Szczególnie, że dopiero posiadanie walkmana miało u mnie utrwalić wiarę w metal. Otóż była w moim domu kiedyś bardzo bogata kolekcja kaset metalu wszelakiego, od imć Ironów, przez produkcje polskie typu TSA, aż po granie bardzo inne typu Cacophony. Podówczas byłem podróżnikiem bez wyboru, gdyż mój układ oddechowy lubił się zepsuć od czasu do czasu, tak też podstawówkę spędziłem zwiedzając szpitale, sanatoria itp. Tak owoż na któryś wyjazd, ojciec sprezentował mi kasetę, która logicznie miała dla mnie wartość, gdyż nagrał na nią świeżo co wydany Brave New World. O samym albumie mógłbym mnóstwo, ale bardziej kluczowe okazało się to, co na tej kasecie znajdowało się wcześniej, a że BNW jej całej nie zajmował, uchowało się i dotarło do moich uszu. Pamiętam do dziś jak ojciec mówił mi "a tam chyba jeszcze jakiś Saxon jest, czy kij" i ja początkowo w to bezgranicznie uwierzyłem, żeby dać się wyprowadzić z błędu dopiero parę lat później, kiedy miałem już osobisty dostęp do internetów. Otóż nie był to Saxon, a płyta Ram It Down mojego drugiego (chronologicznie się nawet zgadza) ulubionego zespołu heavymetalowego Judas Priest. Pamiętam, że szczególnie zapadł mi w pamięć ten utwór:
I naprowadzenie na ten zespół poprowadziło mnie do pierwszej prawdziwej miłości do metalu - płyty British Steel i godzin zapętlonych w odtwarzaczu. Ale to już inną razą, w następnej części...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz